Praca dawniej i dziś
Górale Babiogórscy

Ostatni bednarz spod Babiej Góry

Jak pracuje bednarz w XXI wieku? Warto poznać tajniki tego rzadkiego już dziś zawodu.

W świecie beczek

Bednarstwo to bardzo ciekawa profesja, którą trudni się niewiele osób. W regionie babiogórskim te tradycje jeszcze nie umarły. Pozostała jedna osoba zajmująca się tym rzemiosłem – pan Ryszard Zajda, ostatni bednarz pod Babią Górą.

 
Czym się pan zajmuje?
Jestem bednarzem. Wiele osób nie wie, co to za zawód i na czym on polega. Nie ma dużego popytu na taką formę pracy. Po prostu dawno odeszła w niepamięć. W końcu jestem ostatnim bednarzem spod Magurki…

Magurki?
Mówię o naszych terenach. Nigdy nie spotkałem u nas kogoś, kto trudnił się tym samym zawodem, co ja.

Co robi bednarz?
Moja działalność związana jest głównie z drewnem. Zajmuję się wyrobem naczyń, wiader, form do ciast, maselnic, przedmiotów potrzebnych bacom na hale i do bacówki. Tworzę również beczki.

Czy pański zawód różni się czymś od zawodu stolarza?
Z całą pewnością. Stolarz tworzy różne rzeczy, począwszy od drzwi po boazerię. Bednarz zajmuje się jedynie bednarką. Robi to, co mniejsze i bardziej okrągłe.

Pracuje pan ręcznie czy z wykorzystaniem maszyn?
Większość pracy muszę wykonywać ręcznie. Mam maszyny, których niby używam, ale głównie trzymam się starych bednarskich reguł.

Jak wygląda miejsce, w którym pan pracuje?
Wszystkie przedmioty wykonuję w warsztacie, który stoi przy moim domu.

Wspomniał pan przed chwilą o starych bednarskich regułach. Od kogo otrzymał pan tę wiedzę?
Od dziadków i pradziadków. Już oni rozpoczęli przygodę mojej rodziny z tą branżą. Mogę więc śmiało powiedzieć, że bednarstwo mam we krwi.

Czy rodzinna tradycja wpłynęła na pana tak znacząco, że wybrał pan akurat ten fach? Czy były inne powody ku temu?
Bednarstwo jest dla mnie ciekawym zajęciem. Już od dzieciństwa bardzo lubiłem bawić się drewnem. Ojciec pracował w zawodzie, podpatrzyłem co nieco i sam zacząłem tworzyć. Tak  rozpoczęła się moja przygoda. Lubię to, co robię.

Jak dawniej wyglądała praca bednarza?
Najpierw trzeba było ściąć drzewo. Pamiętam, jak jeździłem dawniej z synami do lasu. Później drzewo cięło się na klocki (gnotki) o odpowiednich wymiarach. Po rozwarstwieniu (szczypaniu) klepki, strugało się ośnikami. Następnie za pomocą modłów (narzędzie do mierzenia) określano odpowiednie wymiary i z pomocą spustu (struga) docinano. Później zbijano, i powstawała gotowa beczka czy cebrzyk.

Jak od tamtego czasu zmieniła się bednarska technika?
Teraz zamawiam deski, przecinam je na listwy, później na klepki. Następnie odpowiednio docinam. Wszystko zależy od wykonywanego przedmiotu. Korzystam także z dobrodziejstw technologii. Na przykład obrabiam drewno za pomocą papieru ściernego, czego wcześniej nie robiłem.

Jakich innych narzędzi pan używa?
Głównie wałków do czyszczenia, tarcz, przeróżnych frezów. Drewno trzeba odpowiednio frezować.

Zajmuje się pan konserwacją?
Nie, ale sporadycznie nacieram drewno olejem roślinnym. W niczym to nie przeszkadza, a nawet drewno łatwiej się czyści. Przy kontakcie z żywnością sprawdza się jedynie ten olej. Żadne lakiery nie wchodzą w grę.

Ma pan jakiegoś znajomego lakiernika, do którego wysyła pan przedmioty?
Nie. Ja w ogóle się tym nie trudnię. Klienci sami decydują, co zrobią z produktem, każdy według własnego uznania.

Jakiego rodzaju drewna pan używa?
Przede wszystkim świerkowego i jodłowego, bo są miękkie i łatwe w obróbce.

Ile pan już pracuje w tym zawodzie?
Około czterdzieści lat… Robię to z zamiłowaniem.

Czuje się pan wyjątkowo w swojej dość rzadkiej specjalności?
Czy ja wiem… Po prostu lubię to, co robię, a co mnie z roku na rok coraz bardziej wciąga.

Co przeważa teraz w zamówieniach, które pan dostaje? Nadal utrzymuje się duży popyt na beczki?
Na przykład szwajcarskie firmy zamawiają ode mnie drewniane skopce, które później wykorzystują w saunach. Natomiast Francuzi drewniane cebrzyki, do których wkładają szklane misy i podają w tym ziemniaki w koszulkach. Krajowe zamówienia to zazwyczaj beczki lub donice na kwiaty. Rzadkością dla mnie są ogromne wanny z drewna do hoteli, ale oczywiście takie zamówienia też mam. Ludzie wymyślają najróżniejsze rzeczy.

Stworzył pan kiedyś coś niezwykłego? Z czego jest pan szczególnie dumny?
W dzisiejszych czasach każdy przedmiot jest niezwykły. Mogę nawet powiedzieć, że unikatowy.

A dawniej?
Dawniej dziadkowie tworzyli tylko przedmioty codziennego użytku: cebrzyki dla krów, świń lub koni.

Co według pana jest wadą tego zawodu?
Nie ma ludzi, którzy chcieliby pracować w tej branży. Młodzi wyjeżdżają za granicę, a starsze pokolenia już przeszły na emeryturę.

Czy nie brakuje panu klientów?
Nie, mam napięty cały grafik. Nie wiem, do czego ręce wsadzić, brzydko mówiąc. Nie dam rady zrobić pięćdziesięciu procent z tego, co mógłbym robić.

Przeważają u pana klienci indywidualni, czy raczej więksi dystrybutorzy kupują towary hurtowo?
Mam dużo klientów indywidualnych, ale również pracuję dla kilku firm. Niektóre zakłady biorą ode mnie towary już od dwunastu lat. Wysyłam również swoje wyroby do Szwajcarii i Francji.

Produkuje pan masowo?
Oczywiście. Otrzymuję zamówienia i robię konkretne rzeczy. Tworzenie kilku sztuk byłoby nieopłacalne.

Utrzymuje się pan z tej pracy? Czy robi pan jeszcze coś innego?
Nie mam czasu na nic. Mam za duży nawał zamówień.

Ile czasu zajmuje panu skonstruowanie takiego jednego przedmiotu?
Nie zastanawiam się nad tym. Zawsze produkuję co najmniej 30 sztuk. Nie robię tego z zegarkiem w ręku, tylko po kolei, jak leci.

Przedmioty projektuje pan sam, czy klienci zazwyczaj mówią konkretnie, czego chcą?
Różnie to wygląda, ale przeważnie są to moje własne wzory.

Można więc określić bednarstwo mianem pracy artystycznej?
Można tak powiedzieć. Dawniej, kiedy jeszcze pracowałem w Krakowie, dostawaliśmy zlecenie na cały rok, i człowiek już od początku wiedział, co go czeka. Teraz w jeden tydzień robię jedną rzecz, w kolejny inną i to się powtarza. Nie mam określonych stałych ilości.

Czy ma pan więcej zamówień niż dawniej?
Ta praca działa na tej zasadzie, że jedni klienci przychodzą, inni odchodzą. Tak samo z firmami. Teraz miałbym kolejne zlecenia, ale po prostu już nie dam rady temu podołać. Wszystko mam ustawione, zajęte.

Ile czasu dziennie pan pracuje?
Siedzę czternaście godzin w warsztacie. Mam już prawie sześćdziesiąt lat i więcej nie dam rady…

A czy ktoś z panem pracuje?
Zostałem sam. Pracowałem razem z ojcem, ale podeszły wiek nie pozwala mu już na trudnienie się tym zawodem.

Pańscy synowie nie garną się do utrzymania rodzinnej tradycji?
Nie, oni poszli w zupełnie innych kierunkach. Mają lepsze perspektywy na przyszłość. Dlatego mówiłem, że jestem ostatnim bednarzem spod Magurki. Nie widzę następców na moje miejsce.
 

Julia Janik