Twórcy i rzemiosło
Górale Biali

Twórcy ludowi Ziemi Łąckiej

Twórcy ludowi u Górali Białych zajmują się nie tylko rzeźbą w drewnie czy haftem, ale także malują obrazy i tworzą poezję. Warto ich poznać!

Twórcy z regionu Górali Białych (fot. Kuba Mrówka)

Zapomniane w poezji

„Czy możesz mówić o tej ziemi,
a nawet pisać piękne wiersze,
gdy nie targałeś z niej kamieni,
by zboża wyrastały gęstsze,
gdy nie trzymałeś w dłoniach pługa
lub skib co chodzą za nim krzywo.
Nie smakowałeś jej czy chuda.
Nie poparzyłeś rąk pokrzywą.”
                                                               
Bronek z Obidzy


Mówiąc o niematerialnym dziedzictwie, często zapominamy o poezji i prozie. A  właśnie w nich wyraźnie widać tradycje i folklor, to one sprzyjają zachowaniu tożsamości kulturowej małych ojczyzn. Dobrym tego przykładem jest twórczość Bronisława Kozieńskiego, znanego jako  Bronek z Obidzy. W jego wierszach i opowiadaniach, wydanych w pięciu tomikach, jest wiele postaci, zdarzeń i miejsc, które nadawały tej okolicy szczególnego charakteru, a które ocalił od zapomnienia.

Czy Juhas w dżinsach to Pan?
Podobno ja. Sformułowania tego po raz pierwszy użył jeden z krytyków literackich, Krzysztof Kwasiżur.

Zgadza się Pan z tym określeniem?
Zasadniczo tak. Zawsze chciałem być jednym z nich: paść owce, wieczorami dumać przy watrze, być wolnym i mieć święty spokój.

Mało spokoju i poezji było w Pana życiu?
Gdy byłem młody, bardzo lubiłem czytać. Pod koniec podstawówki nawet szukałem wierszy w książkach. Jednak w szkole zawodowej nie znajdowałem czasu na poezję. Zastąpiłem ją  kolegami. Wróciłem do niej w Norwegii. Pracowałem tam na budowach. Gdy nadchodziła niedziela, to jedni chodzili na ryby, inni pili, a taki człowiek jak ja nie miał nic do roboty. Wtedy znowu nabrałem ochoty  na czytanie. Zacząłem szukać książek, bo nie było internetu. Mój znajomy, Janusz Szot, pożyczył mi zbiór poezji sądeckich poetów, w którym były krótkie teksty. Ja jednak w tamtym okresie lubiłem czytać dłuższe formy literackie. Pierwsze swoje wiersze pisałem na workach po cemencie, zwykłym ołówkiem, bo nie było niczego innego pod ręką. Gdy wróciłem do Polski, zacząłem klecić krótkie opowiadania o Norwegii. Potem publikowałem wiersze na różnych portalach społecznościowych. Okazało się, że się podobają. W ten sposób urosłem do miana poety. Trafiałem na coraz lepsze portale, aż doszedłem do takich jak „Poezja Polska” czy „Fabrica Librorum”. Dzięki tym stronom poznałem takie osoby jak Wojtek Roszkowski, który jest teraz jednym z lepszych pisarzy w kraju. To między innymi jemu zawdzięczam to, jakim poetą jestem.

Co Pana inspiruje podczas pisania?
Trudno mi wskazać coś konkretnego. To nie jest tak, że jeśli ktoś postawi mnie na Mount Evereście, to będę pisał o górach. W żadnym wypadku. Najczęściej  najlepsze pomysły mam przed snem, bo wtedy jest spokój, czas na rozmyślanie... Ale co z tego, skoro nie chce mi się wstać i zapisać tego. Często też wpadają mi nowe pomysły, gdy jadę w długą drogę, na przykład pociągiem. Chodzi tu właśnie o tę chwilę spokoju, o to, że mogę pomyśleć. Bo najważniejsza jest pierwsza myśl. Gdy ktoś prosi mnie o napisanie wiersza na jakiś temat, zazwyczaj odmawiam. To się nie da ot tak. W tym czasie mogę napisać coś innego – coś, co przyniesie chwila. Staram się oczywiście dobierać takie tematy, które pasują do mnie, a nie te, które są w danym momencie na topie.

Dużo w Pana poezji jest tradycji i ludowości?
Tak. Staram się ocalić od zapomnienia te postaci i miejsca, których już nie ma, a które tworzyły dawny klimat łąckiej i sądeckiej ziemi. Jeśli chcę coś wiedzieć o regionie, o tym, co go ukształtowało, idę do chat w górach i rozmawiam ze staruszkami na progach ich chat, w polach, na pastwiskach. Oni są skarbnicą wiedzy o tradycji.

Słyszałem, że wychodząc z kościoła, często ma Pan gotowe wiersze.
O, właśnie... O tym zapomniałem. Niektórzy to właśnie zauważyli. Co ciekawe, nie wszystkie te wiersze są  związane z tematem Boga.

A dlaczego właśnie tam?
Czy ja wiem? Dużo młodych, ładnych dziewczyn dookoła (śmiech).

Jaką ma Pan motywację do pisania?
Motywacją jest przede wszystkim wzrost liczby czytelników, bo jednak nie piszę tylko dla siebie. Chcę się tym dzielić.

Co Juhas w Dżinsach czuje podczas tworzenia swoich dzieł?
Zależy, co się pisze. Zwykle jestem pobudzony. Do pisania potrzebna jest mi kawa
i papieros. Ale nie oszukujmy się. Wielu spośród artystów i poetów to alkoholicy i narkomani. Taka jest prawda.

„Kiedyś rym rządził mną, teraz ja rządzę rymem” – powiedział Pan w jednym z wywiadów.
Z którego ze swoich wierszy jest więc Pan najbardziej zadowolony?

Dzisiaj to już trudno powiedzieć, jest ich za dużo. Na początku, gdy zdobywałem nagrody na portalach internetowych, to najpopularniejszym utworem był „Prowadź przybłędo na szczyty”. Natomiast jeśli miałbym wybrać ulubiony, to musiałbym myśleć. Niemało myśleć. Jeśli chodzi o tomik, sądzę, że najbardziej wartościowy to „Wiklinowe ptaki”.

Co Pan chce ukazać w swojej poezji?
Dużo tekstów jest o mnie, ale tak naprawdę chciałbym pokazać, że poezja powinna być  taka, jak człowiek, który ją pisze. Musi być autentyczna. Może dlatego w moich tekstach nie ma dużej różnorodności... Wiele zależy także od tego,  kto jest odbiorcą, bo każdy tekst może dla różnych osób znaczyć coś innego. Zresztą ja zawsze mówiłem, że czytanie wierszy jest niemniejszą sztuką od ich pisania.  Lubię, gdy w tekście jest coś mocnego i ważnego. To rozumiem. Natomiast jeśli  ukazana jest jakaś błahostka, to na takie wiersze jest dużo koszy. Poza tym powinny mieć cząstkę niedomówienia. Dla mnie wiersz jest dobry wtedy, gdy go do końca nie rozumiem, ale czuję. Bo jednak trzeba czuć trochę ten ciężar wiersza. Oczywiście można pisać też lekkie teksty, ale dla mnie to jest bardziej zabawa słowem niż poezja.

Czy myśli Pan, że gdyby żył w innym miejscu, to Pana poezja byłaby taka sama?
Na początku chcieli mnie zamknąć w tych górach i chociaż mi to nie przeszkadzało, to jednak zakres moich tekstów jest szeroki. Jeżeli jestem na wsi, lubię pisać o mieście. I na odwrót. Gdy pracuję na przykład w Niemczech, to łatwiej mi pisać o rodzinnych stronach. Dzięki temu zawsze jestem tutaj, na Obidzy. Mimo wszystko staram się pisać prawdę, a gdzie indziej ją znajdę, jeśli nie tu, skąd pochodzę? Wiem, jak tu było, więc nie muszę niczego wymyślać.

Grzegorz Setlak

Ignacy Gromala - rzeźbiarz (fot. Wojciech Citak)

Odkrywam inny świat. Wywiad z rzeźbiarzem Józefem Tokarzem z Jazowska

Józef Tokarz urodził się w 1950 roku w Jazowsku. Pracował jako szef działu transportu nowosądeckiego oddziału Poczty Polskiej, aktualnie jest emerytem. Od młodych lat z dużą pasją rzeźbi w drewnie. Bardzo często pracuje z dziećmi i młodzieżą. Mówi, że daje mu to wiele satysfakcji. Na specjalne lekcje rzeźby do jego pracowni przychodzą oddziały przedszkolne i klasy szkolne, nie tylko z gminy Łącko. Z prelekcjami jeździ również do innych szkół na terenie powiatu nowosądeckiego. W drewnie stara się wyrazić swoje artystyczne przemyślenia. Inspiracją twórczą jest otaczający go świat.

Brał udział w ponad 200 wystawach zbiorowych, indywidualnych i konkursowych, zdobywając nagrody i wyróżnienia. Prace artysty można było oglądać na wystawach w: Jazowsku (Galeria BWA), Łącku (Izba Regionalna), Nowym Sączu (Galeria BWA, Mały Salonik, Civitas Christiana, Dawna Synagoga), Starym Sączu (Domek na Dołkach, Klasztor św. Kingi, Miejski Ośrodek Kultury), Zakopanem (Złota Jesień Tatrzańska), Toruniu (Muzeum Etnograficzne), Radomiu (Muzeum Wsi Radomskiej), Warszawie (Stara Kordegarda, Międzynarodowe Targi Turystyczne), Krakowie (Akademia Rolnicza), we włoskim Menconiko oraz w wielu innych miejscach. Jego rzeźby znajdują się w zbiorach prywatnych w kraju i zagranicą.


Od dziecka chciał pan zostać rzeźbiarzem, czy przyszło to w pewnym momencie życia?
Od maleńkości ciągnęło mnie może nie tyle do rzeźbienia, co do strugania kijków. Zaczęło się to już w przedszkolu, do dziś mam ślady na nodze od kozika. Na pewno te pierwsze rzeźby były trochę niejednoznaczne. Może tylko ja widziałem, że to jest czy to postać ludzka, czy jakieś zwierzątko. Ale w miarę upływu czasu rzeźba zaczęła mnie interesować, tym się zajmowałem w zasadzie od dzieciństwa.
Momentem przełomowym było spotkanie wielkiego artysty Władysława Hasiora w 1973 roku, a miało to miejsce w Łącku w czasie kwitnienia sadów. On przyjechał z wystawą, jedyną taką w Polsce, i udał się do naszej małej miejscowości. Całe to wydarzenie można znaleźć w jego biografii, w której dokładnie je opisał. Wystawa wyglądała tak, że druhowie z Ochotniczej Straży Pożarnej z gminy Łącko, a wśród tych druhów znalazłem się i ja, nieśli sztandary Hasiora na Jeżową. Tam jeszcze nie było amfiteatru, a zwykła scena, i tam w plenerze te sztandary trzymaliśmy. Wtedy właśnie go poznałem… Nie wiem, czym go zainteresowałem, dlaczego chciał ze mną rozmawiać. Pytał, czym się zajmuję, gdzie pracuję. Odpowiedziałem w kilku zdaniach, dodając, że interesuje mnie rzeźba, tylko że nie pokazuję tego nigdzie, tylko rzeźbię dla siebie. Można powiedzieć, że to był ten moment, w którym on mnie „wyciągnął za uszy” z domu, i zacząłem się rzeźbą interesować jeszcze bardziej.
Później, w 1988 roku, pełniłem funkcję przewodniczącego klubu twórczego. Był to oddział Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu, którego byłem prezesem w Jazowsku, przy galerii BWA. I w tymże 1988 roku Hasior zorganizował tu wystawę. Namówił mnie do tego, żeby twórcy zrobili strachy, a on wystawi totemy. Była to plenerowa wystawa przy galerii u Dudów w Jazowsku, pod tytułem: ''Strachy i totemy''. Jesienią wzięliśmy tę wystawę do Zakopanego na Międzynarodowy Festiwal Ziem Górskich. Nasza znajomość trwała do jego śmierci, czyli do 1999 roku.
Ile razy byłem w Zakopanem, zawsze go odwiedzałem. Był ciekaw, co tworzymy i co robimy. Gdy wybierał się gdzieś tu, w rejon Nowego Sącza, zawsze zabierał mnie ze sobą na spotkania. Polubiliśmy się bardzo, to była prawdziwa przyjaźń. Dzięki niemu zacząłem wystawiać swoje prace. Gdyby nie on, do tej pory coś bym tworzył, ale nigdy bym z tym nie wychodził do ludzi.

Czy były momenty w pana życiu, w których zwątpił pan w swój talent?
Nigdy nie uważałem się za artystę i do tej pory się za niego nie uważam, rzeźba była odskocznią od normalnej pracy. A w związku z tym, że kierowałem dużym zespołem ludzi, bo grubo ponad setką, działałem na terenie byłego województwa nowosądeckiego, od Biecza po Zakopane, Jabłonkę. Rzeźbiarstwo to była odskocznia, mogłem dać upust swoim codziennym przeżyciom. Zdarzało się, że spałem 2-3 godziny, a przez resztę czasu rzeźbiłem, i dzięki temu czułem się wypoczęty. Przy rzeźbieniu potrafiłem się odprężyć, zapomnieć o całym świecie. Pozostawał tylko ten mój świat, który mnie interesował. Nie lubię wzorować się na innych, więc jeżeli mam zrobić jakąś rzeźbę o charakterze sakralnym i wiadomo, że ona musi być taka, jaka powinna być, to mnie to nudzi… A gdy mogę robić to, co chcę, i mam jakąś wizję, to z olbrzymią przyjemnością przelewam ją na drewno.

Z której rzeźby jest pan najbardziej zadowolony?
Prawdę powiedziawszy, to miałem jedną rzeźbę, którą wykonałem w bardzo młodym wieku. Właściwie to nie jest rzeźba, a taki patyczek, który przedszkolanka dała mi po wielu, wielu latach, i dzięki któremu można zaobserwować, jak to się zaczynało. Można go porównać do tego, co teraz wykonuję. Tej rzeźby nigdzie nie wystawię, bo to była jedna z pierwszych.
Jest jeszcze inna rzeźba, o którą również wyjątkowo dbam, bo jest dla mnie wyjątkowa. Przedstawia tak wielką wartość dlatego, że na pewno pracowało przy niej około pięciuset artystów. To był klocek, z którym jeździłem do szkół, na różne spotkania. Dzieci i młodzież pracowały nad nim, a ja później przyjeżdżałem do domu i starałem się pogłębić rysy. To jest rzeźba, którą chętnie pokazuję.

Ile rzeźb pan wykonał?
Trudno powiedzieć, ale gdy kiedyś próbowałem policzyć, to wyszło mi, że przez te lata uzbierało się około 2500 do 3000. Przy czym różne rzeźby wtedy liczyłem. Wśród nich są też te, przy których pracowałem z młodzieżą. Swego czasu dużo robiłem z kory, ale niestety tych rzeźb pozostało mi bardzo mało, gdzieś znalazłem jedną małą, gdzieś dwie. I one są owocem pracy z młodzieżą. Jest tam też taka (pokazuje zdjęcie): niby nic, ale sama natura dużo już zrobiła, a ja tylko poprawiłem.

Przy której rzeźbie spędził pan najwięcej czasu?
Przy rzeźbie, która jest na Mazowszu pod Warszawą u prywatnego kolekcjonera, a ma ona ponad 5 metrów wysokości.

Jak długo się taką rzeźbę robi?
Ja tę rzeźbę robiłem u niego tydzień, ale miałem dwóch ludzi do pomocy.

I co ona przedstawia?
Postać człowieka, wędrowca. Miała stać w ogrodzie, ale ja tam nie byłem już 10 lat, i trudno mi powiedzieć, gdzie stoi teraz. Wybieram się jednak właśnie do Olsztyna na wesele, będę tamtędy przejeżdżał. Skontaktowałem się z właścicielem, więc przekonam się, jak ma się moja rzeźba.

Impregnuje się taką rzeźbę?
Musi być pokryta specjalnym impregnatem. Wtedy, kiedy ją robiłem, trudno było go w Polsce dostać, on sprowadzał go z Niemiec. Swoje rzeźby zabezpieczałem woskiem pszczelim, ale to się nie nadaje na zewnątrz, bo nie ma w tym żadnej chemii, to naturalny impregnat.

Jak więc wygląda naturalne impregnowanie?
Gotową rzeźbę pokrywam najpierw bejcą, taką do drewna, a potem woskiem pszczelim. Nadaje on delikatny połysk. Gdy z czasem rzeźby się zakurzą, to wystarczy po prostu przetrzeć szmatką albo szczotką, taką do polerowania obuwia, i wygląda pięknie. O tej metodzie dowiedziałem się od pewnego pszczelarza, który z zamiłowania był też rzeźbiarzem. Wykorzystuję ją do dziś.

Czy były osoby, które wywarły wpływ na pana twórczość?
Oczywiście wymieniony wcześniej Hasior, którego twórczość poznałem. Trzeba też wiedzieć  pewne rzeczy, aby dostrzec to, co on chciał przekazać. Znałem jego całe dzieciństwo, bo miałem okazję usłyszeć opowieść o nim z jego ust. Było nieciekawe, był źle traktowany przez ojczyma, musiał spać w stajni, i tak dalej, i tak dalej. Pomocną dłoń podała mu dopiero nauczycielka w średniej szkole – pewnie nie byłbym artystą gdyby nie ona.
Oprócz Hasiora było jeszcze wiele osób, ale nie będę wymieniał nazwisk, bo są to trochę inne przypadki. Miałem też takich znajomych, którzy specjalnie chowali dłuta do szuflady, gdy przychodziłem podpatrzeć…

Czy w pana rzeźbach można znaleźć nawiązanie do regionu?
Tak, chociażby w rzeźbach świątków do tych przydrożnych kapliczek, które są na naszym terenie...

Rzeźbiarstwo jest męczące czy relaksujące?
Jest relaksujące, i to bardzo. Można przy nim wypoczywać, odkrywać całkiem inny świat. Nie ten, po którym stąpamy w normalnym trybie swoich zajęć… To jest odskocznia, człowiek odrywa się całkowicie, i mimo tego, że jest to wysiłek fizyczny, może naprawdę nabrać energii i siły. Daje dużo swobody i wolności.


Kuba Stapkowicz