Twórcy i rzemiosło
Górale Pienińscy

Pieniński orzełek - wyjątkowa pamiątka

Co kraj, to obyczaj. A może – co region, to nowa perełka? Sztandarową pamiątką przywożoną ze Sromowiec Niżnych jest orzełek pieniński. Niby nic wielkiego, ale za to jaka historia się za tym kryje!

fot. Honorata Oleś

Jak amerykański ptaszek przemienił się w pienińskiego orła

Ilona Kotula

Co kraj, to obyczaj. A może – co region, to nowa perełka? Sztandarową pamiątką przywożoną ze Sromowiec Niżnych jest orzełek pieniński. Niby nic wielkiego, ale za to jaka historia się za tym kryje!
 
Zacznijmy może od tego, skąd wziął pan pomysł i kto pana nauczył robienia takich specyficznych ozdób?
Sam się nauczyłem. Jeszcze gdy byłem w wojsku w 65-tym roku, a to była jednostka KBW w Krakowie w Tychowicach, ziemia-powietrze. Kiedy wysłali mnie w okolice Olsztyna, zrobiłem do świetlicy dużego orła. Podpierś wtedy mu wyrzeźbiłem, a do oczu dałem koraliki. Zobaczył to raz dowódca, porucznik Czarny, i kazał mi je robić. Nie chodziłem do pracy, tylko wykonywałem te orzełki, po trzy dziennie. Porucznik przyjeżdżał, zabierał je. Ale nie wiem, gdzie. Raz dali nam traktor i piłę motorową. Pojechaliśmy do lasu, żeby wybrać sobie drzewo. Tylko orzełki robiłem. Sam do tego doszedłem.

Zna pan historię o tym, skąd one przyszły do nas, do Sromowiec, i jak stały się tak popularne?
Jakub Grywalski przyjechał ze Stanów i przywiózł takie ptaszki. Tutaj je przerobiono na orzełki.

Krąży legenda, że to ranny żołnierz podczas wojny takiego orzełka stworzył, aby zyskać łaski u Boga. Zna ją pan?
To są legendy, prawda jest inna. Jakub Grywalski to mój ojciec chrzestny. Był z tego samego rocznika, co mój ojciec. Tato wrócił z pierwszej wojny światowej ranny, a oni się kolegowali z Jakubem. Bieda wtedy była. Drogi nie było, światła też. I kiedy Jakub wrócił, zaczęli robić te orzełki i uczyli chłopców, jak je robić, a następnie je sprzedawali. Ja często znajomym czy gościom daję na pamiątkę.

A jak się robi takiego orzełka?
Drzewo musi być spod samej kory, koniecznie świerkowej. Gęste i nie twarde, bo wtedy pęka, łamie się, i nic się nie zrobi. Z dwóch kawałków, na korpus i na skrzydła. Nacina się je w karbiki, a ostrym nożykiem szczypie się je z obu stron. Potem się rozkłada, i są skrzydła i ogon.

W porównaniu do poprzedników używa pan jakiejś innej techniki, swojej?
Nie, cały czas takiej samej. Również trudzę się rzeźbą.

A czy to rękodzieło jest popularne? Jak wielu artystów tutaj jeszcze się tym zajmuje?
Coraz mniej, parę osób, jedynie 3-4. Nigdzie takich nie robią, tylko w Sromownach Niżnych.

Dziękuję za poświęcony czas.
Również dziękuję.
 
 
Czytaj dalej...